czwartek, 28 września 2017

Planowanie zakupów, posiłków - moja organizacja czasu i sposób na oszczędzanie


Ten post będzie długi, ostrzegam! :)

Od kiedy wyprowadziłam się z domu na studia, musiałam sama zadbać o rachunki, wydatki i przede wszystkim lodówkę. :) Niby ta ostatnia rzecz jest najłatwiejsza, w końcu robienie zakupów i gotowanie nie jest żadną filozofią, ale przez te kilka lat opracowałam prostą i szybką metodę na przyjemne zakupy przy jednoczesnym pilnowaniu domowego budżetu.
Wiem, że wielu z Was robi na pewno podobnie, ale być może komuś przyda się taki dodatkowy kopniak motywacji, szczególnie, jeśli czujecie, że pieniądze palą się w rękach, a Wy nie wiecie, gdzie tak uciekają.

Przede wszystkim moją podstawą w kontrolowaniu wydatków jest robienie dużych zakupów raz w tygodniu, głównie w większych dyskontach. Pomijam tu świeże warzywa/owoce, chociaż szczerze mówiąc też zwykle kupuję dużą część właśnie w trakcie tego jednego wyjazdu. Jednak pieczywo zwykle kupuję na bieżąco w piekarni. :)
Dlaczego tak robię? Bo mogę kupić wszystko w jednym miejscu i najczęściej w najniższej cenie, jakość produktów jest dokładnie taka sama i nie tracę czasu na stanie w kolejkach co drugi dzień. Szczególnie, że do większych dyskontów i tak muszę podjeżdżać samochodem, wolę to zrobić po prostu raz w tygodniu.

1. Dzień przed planowanymi zakupami (zwykle piątek lub sobota) siadamy i planujemy posiłki na kolejny tydzień - zajmuje nam to około 20 minut.
- Zwykle robimy od razu obiady na dwa dni - przez to nie musimy siedzieć codziennie w kuchni. :) Na drugi dzień wystarczy jedynie dogotować ryż, kaszę czy inne dodatki, a same danie jeszcze się nam nie zdąży znudzić. Najczęściej wychodzi nam, że na cały tydzień musimy zaplanować 4 obiady. Na śniadania jemy codziennie owsianki, na kolacje kanapki czy inne dodatki, więc z tym nie ma większego planowania. Podstawą są u nas szybkie, pożywne i zdrowe obiady, bo oboje pracujemy, wracamy po południu, a gotujemy na zmianę. :)
- Zawsze uwzględniamy większe wydarzenia (imprezy, gdzie trzeba przygotować coś dodatkowego do jedzenia) czy obiad poza domem.
- Takie planowanie pozwala nam na różnorodność i urozmaicanie posiłków - zawsze staramy się, by w tygodniu było i mięso, i ryba, czy danie wegetariańskie/wegańskie, jeśli mamy na to ochotę. Gdybyśmy planowali z dnia na dzień, pewnie skończyłoby się na jedzeniu tego samego w kółko, bo wracając z pracy po prostu nie mamy siły wymyślać czegoś nowego.
- Planując z wyprzedzeniem, mam okazję testować nowe przepisy. Wiem też, kiedy będę miała luźniejszy dzień, na wypadek, gdyby nowe danie wymagało większej ilości czasu na przygotowanie. A nawet jeśli czasami naprawdę się nie chce, mam motywację - przecież kupiłam już wszystkie składniki, więc i tak muszę to przygotować :)
- Jeśli nie macie jeszcze swoich ulubionych przepisów, polecam przede wszystkim: Kwestię SmakuJadłonomię i Druszlak!

2. Dokładna lista zakupów.
- Polecam Wam ściągnięcie aplikacji na telefon, w której możecie taką listę stworzyć. Aktualnie korzystam z Out of milk (widoczna na zdjęciu) - jest ona darmowa, można stworzyć listę od podstaw, a nawet dodać informacje o cenach produktów, przez to też orientujecie się, ile wydacie na te rzeczy. Dodatkowo, kiedy już włożycie coś do koszyka, możecie na aplikacji dany produkty odhaczyć, przez co nie zaburza Wam zakupów.
- W aplikacji mam już zapisaną taką stałą listę rzeczy, które kupuję zawsze (typu mleko, ser, mięso, jogurty, itp.) oraz tych nie żywieniowych (papier toaletowy, proszek do prania) i ewentualnie dopisuję tylko te, które aktualnie potrzebuję na dany tydzień.
- Kiedy tworzyłam listę po raz pierwszy, skomponowałam ją tak, aby mniej więcej pokrywała się z rozmieszczeniem produktów sklepie - np. na wejściu są warzywa i owoce, wiec na mojej liście są one na początku. Pozwala mi to po prostu brać wszystko po kolei, o wszystkim pamiętam i nie muszę przepychać się przez alejki żeby wrócić po pojedynczy produkt.
- Zawsze po zakupach zabieram ze sobą paragon - głównie w celu dopisania do listy wydatków (patrz punkt 6), ale raz na jakiś czas zdarzają się pomyłki przy kasach i warto zwracać uwagę, czy coś nie jest nabite podwójnie czy bez promocji.

3. W trakcie tego 20-minutowego planowania, zerkam na wszystkie promocje w sklepach, w których robię zakupy - dzięki temu wiem, ze na czymś mogę tym razem zaoszczędzić. Czasami, widząc naprawdę fajną promocję, mogę dostosować do tego swoje menu.

4. Zakupy - czynność bardzo prosta, ale osobiście naprawdę polecam robienie większych zakupów raz/dwa razy w tygodniu (jeśli oczywiście macie taką możliwość) i dokupowanie tylko dodatkowych rzeczy w ciągu tygodnia, np. pieczywo, wędlinę.
Przez rok wspólnego mieszkania zauważyliśmy, że kiedy robiliśmy zakupy codziennie, to oprócz tych konkretnych produktów, kupowaliśmy np. dodatkowy sok, batonik, bo akurat byliśmy głodni, itp. Nie wszystkie rzeczy były oczywiście niezdrowe, chodzi mi raczej o fakt, że potem byliśmy zdziwieni, gdzie znikają nasze pieniądze. :)

5. Resztki.
Pozytywną stroną takiego planowania jest to, że praktycznie wszystko zużywamy i nie wyrzucamy jedzenia. Czasami jednak zostaje nam z obiadu nadmiar sosu czy pół opakowania świeżego szpinaku. Wtedy warto wszystko przełożyć do plastikowego pudełka i zamrozić. Może nam się to przydać w kolejnych tygodniach do innych przepisów, albo awaryjnie, kiedy naprawdę nie macie kiedy zrobić świeżej porcji.
Widzisz, że pomidory w lodówce robią się już miękkie? Skrój w kosteczkę, przypraw i zrób bruschettę na kolację. Resztki warzyw czy wędlin - zapiekanki. Owoce, które już tracą na świeżości - zawsze można podgotować w garnku i mieć dodatek do owsianki. Bardzo dojrzałe banany - proste szybkie babeczki czy chlebek bananowy. Resztki fasoli w puszce - zmiksować z czosnkiem i przyprawami, macie fajną pastę kanapkową. Można tak wymieniać przez długi czas, pomysłów jest naprawdę wiele. :)

6. Podliczanie rachunków.
- Zawsze zabieramy ze sobą paragony. Teraz już nie jesteśmy tak mocno restrykcyjni, ale na początku, gdy chcieliśmy zorientować się, ile pieniędzy wydajemy na wszystko w ciągu miesiąca, zbieraliśmy wszystkie rachunki z tygodnia i zapisywaliśmy to wszystko w Excelu. Wszystko było podliczane i wiedzieliśmy, jak dużo przeznaczamy na jedzenie, ile możemy odłożyć na konto oszczędnościowe, a kiedy możemy zaszaleć i zjeść coś na mieście.
- To może wydawać się trochę dziwne, ale czasami przeszukując internet widziałam na forach, że wiele osób czy rodzin też miało ten problem, ale takie podliczanie pozwoliło im zorientować się, jakie mają wydatki, wymagania i potrzeby. W ciągu roku takiego podliczania zauważyłam też, jak bardzo podniosły się ceny produktów, co też pozwala mi na troszkę inne planowanie jedzenia lub szukanie naprawdę dobrych okazji w innych sklepach (żeby np. zrobić zapasy danego produktu i nie przepłacać).

I to wszystko. :)
Jednym może wydawać się to dziwne i zagmatwane, ale jak dla mnie jest to prosty sposób na kontrolowanie swoich wydatków i jeśli to możliwe, oszczędzanie. W ciągu kilku tygodni przyzwyczailiśmy się bardzo szybko do jednorazowego wypadu po zakupy, a potem mamy spokój na kolejne dni. Planując wydatki na następny miesiąc wiemy już, ile pieniędzy wydamy na standardowe rachunki, a ile mniej więcej na jedzenie.
Innym ważnym plusem jest to, że praktycznie nic się nie marnuje - nie musimy niczego wyrzucać i nie mamy poczucia, że gdzieś tracimy te pieniądze. Dodatkowo, jest to też ciekawa opcja dla osób, które chcą się zdrowo odżywiać - można wcześniej zaplanować posiłki i nie narażamy się na wszystkie pokusy, które czekałyby na nas podczas codziennego wypadu do sklepu.

Mam nadzieję, że w jakiś sposób pomogę komuś w organizacji czasu i budżetu domowego. Żałuję, że nie stosowałam tej metody od razu po rozpoczęciu studiów, mogłabym w ten sposób zaoszczędzić o wiele więcej pieniędzy i wcześniej zadbać o lepsze odżywianie. :)

Jeśli macie swoje sposoby czy tricki na oszczędzanie, piszcie w komentarzach, na pewno sama chętnie zainspiruję się Waszymi metodami!

środa, 20 września 2017

Słodkie przekąski firmy HELIO - kolejne smaki



W poprzednim tygodniu pisałam Wam o pysznej przesyłce od firmy HELIO. Opisywałam tam dwa wypróbowane smaki - banan & czekolada oraz owoce leśne & polewa jogurtowa.
Dzisiaj po batonikach zostały już mi tylko wspomnienia, ale chciałabym na chwilę powrócić i opisać Wam dwie kolejne propozycje firmy - śliwka & czekolada oraz 6 ziaren & miód.

Baton śliwkowy to wspomnienie mojego dzieciństwa. Chyba w większości domów na stołach (oprócz paluszków :D) często stała śliwka w czekoladzie. I o ile jako małe dziecko za nimi nie przepadałam, to już jako osoba dorosła po prostu je uwielbiam! I ten baton naprawdę sporo mi przypomina ten deser. Czuć tam słodko-kwaśny posmak śliwki i lekką słodycz czekolady. Do tego dochodzi przyjemne chrupanie zbożowej bazy batonika.

Batonik z ziarnami i miodem jest zdecydowanie sporym źródłem błonnika (13g/100g produktu, a pozostałe batoniki mają po ok 3-4g/100g), przez co był bardziej sycący od pozostałych. W smaku zdecydowanie dominuje miód, który przypomina mi posmak miodu rzepakowego (mój ulubiony!). Jednak jedząc kolejne kęsy, smaki prażonych ziaren (m.in. słonecznika, dyni, sezamu) w ciekawy sposób łączą się ze słodyczą miodu.

Wszystkie przekąski były naprawdę pyszne i razem z narzeczonym zjedliśmy je bardzo szybko, przez co nie zdążyłam zrobić dodatkowych zdjęć z listą składników czy ich wyglądem, za co bardzo przepraszam. Możecie jednak mi zaufać i kupić w ciemno ;) i nie będziecie żałować. Dużym plusem jest to, że nie są mocno słodkie (o czym pisałam w poprzedniej recenzji) i sycące - a to mogę potwierdzić, bo ostatnie dwa tygodnie były u mnie jedną wielką bieganiną, a batoniki uratowały mój żołądek. :)

Jeszcze raz bardzo dziękuję firmie HELIO za możliwość przetestowania produktów, były pyszne!
Po więcej informacji i produktów zapraszam na stronę firmy i fanpage!

czwartek, 14 września 2017

Rozgrzewająca zupa z soczewicą i passatą pomidorową JAMAR

ostatnim poście pisałamWam o nowych produktach firmy JAMAR, które otrzymałam do przetestowania. Wspominałam też o kolejnym pomyśle na obiad/kolację, który chodził mi po głowie już od dłuższego czasu - zupa pomidorowa! Do przepisu użyłam tym razem passaty pomidorowej.





Passata i wszelkie inne przeciery, często goszczą u mnie w lodówce. Czasami robię je sama, ale nie raz po prostu korzystam z gotowych produktów, które nie ukrywajmy - ratują życie każdego z nas.

Na zdjęciu dokładnie widać skład i wartości odżywcze testowanego produktu. Sama passata jest naprawdę gęsta i ma w sobie drobne kawałki pomidorów - nie jest zmiksowana na gęsty sok, przez co jest bogatsza w smaku i sycąca. Osobiście po jej spróbowaniu, nie dodawałabym nawet innych przypraw, z wyjątkiem oregano lub ziół prowansalskich, które tylko podkreślą smak i nadadzą wszelkim potrawom włoski klimat. :)


Od jakiegoś czasu chodziła za mną jakaś rozgrzewająca zupa pomidorowa. Wyszedł mi taki oto krem z ciecierzycą, który co prawda wymaga odrobiny przyozdobienia, ale mówię Wam - w smaku jest pyszny.
Powiem Wam jedno - wszystko dodawałam na oko, nie korzystałam z gotowego przepisu, ale wiem, że wiele podobnych zup krąży w internecie. Oto moja propozycja (porcja dla dwóch osób):

- puszka ciecierzycy/soczewicy/fasoli lub suche ziarna namoczone wcześniej w wodzie i ugotowane,
- passata pomidorowa - dodałam ok. 300ml,
- 1 cebula,
- 1 ząbek czosnku,
- woda - dodałam ok. 200ml,
- pieprz cayenne - dodałam ok. pół łyżeczki, ale ilość zależy od Waszych preferencji,
- 2 łyżeczki oregano,
- opcjonalnie - kostka rosołowa lub sól (nie dodawałam),
- pół łyżeczki cukru (dla podkreślenia smaku pomidorowego),
- łyżka oliwy do podsmażenia.

Cebulę i czosnek posiekać i podsmażyć na małym ogniu przez kilka minut. Dodać pieprzu i chwilkę smażyć. Następnie nalać passaty oraz wody, wrzucić oregano i ciecierzycę (plus można doprawić solą lub dodać kostkę rosołową). Wszystko gotować przez ok. 15-20 minut. Ja dodatkowo lekko wszystko zblendowałam.
Zupę można podać z grzankami czy bagietką czosnkową oraz świeżą pietruszką.

Myślę, że taka propozycja sprawdzi się na tak chłodne dni jak teraz. Jest lekka, a jednocześnie sycąca i mocno pomidorowa. :)

Jak zawsze zapraszam Was na stronę producenta i Facebook. Jest tam sporo pomysłów na wykorzystanie tych pysznych produktów. Dwa przepisy z wykorzystaniem passaty, które wpadły mi w oko, chciałabym Wam podlinkować, bo są proste a jednocześnie na pewno pyszne: pomysł na bruschettę (którą sama testowałam i jestem na TAK!) oraz pulpety.

Czy Wy lubicie tego typu zupy? Co polecacie? :)





wtorek, 12 września 2017

Zdrowe przekąski firmy HELIO!

Podczas moich wakacyjnych wyjazdów, do domu przyszło kilka przesyłek z ciekawymi produktami do testowania. Jak typowa kobieta, jestem bardzo ciekawska, dlatego chętnie zabieram się za próbowanie. ;)

Tym razem zgodziłam się na przetestowanie batoników zbożowych firmy HELIO. Jestem łasuchem i chociaż staram się ostatnio unikać słodkości (po wakacjach trzeba wrócić do zdrowszego trybu życia), lubię raz na jakiś czas zjeść coś na deser.




Otrzymałam takie oto produkty:
- 6 ziaren & miód,
- śliwka & czekolada,
- owoce leśne & polewa jogurtowa,
- banan & czekolada.
Łącznie w przesyłce otrzymałam 8 batoników, po 2 z każdego smaku. I ta kwestia ułatwi mi sprawę - razem z narzeczonym oboje próbujemy te produkty, dzięki czemu mam opinię z dwóch źródeł. ;)

Na pierwszy rzut poszły: banan & czekolada oraz owoce leśne & polewa jogurtowa.
Mają one dosyć podobny skład jeśli chodzi o kalorie i białko, batonik bananowy, ze względu na czekoladę, zawiera więcej tłuszczu.
Jeśli chodzi o smak - ogromnym plusem było dla nas to, że nie są mocno słodkie. Czuć oczywiście delikatną słodycz, jednak nie dominuje tu sam cukier i zdecydowanie bardziej wyczuwalny jest smak owoców.
W batoniku bananowym według mnie bardziej wyczuwalny jest smak czekolady niż samego banana. Co ciekawe, posmak banana jest bardzo naturalny, zbliżony do dojrzałego świeżego banana, niż do typowych sztucznych aromatów tego owocu. Jako, że oboje z narzeczonym lubimy czekoladę w każdej postaci, ta ilość w batoniku zbożowym była w sam raz.

Baton z owocami leśnymi jest póki co moim faworytem - uwielbiam wszystkie przekąski, które mają w sobie polewy jogurtowe, więc był to strzał w dziesiątkę. Czuć w nim wyraźnie kwaskowaty posmak owoców, co równoważy się z lekko słodkawą, mleczną polewą.

Jak na razie jestem miło zaskoczona produktami. Jeszcze raz wspominam o tym, że te przekąski nie są mocno słodkie - wiem, że niektóre Czytelniczki unikają dużej ilości cukru w swojej diecie. :) Batoniki nadają się jako szybka przekąska do kawy czy między posiłkami, są dosyć syte, co przetestowałam podczas kilku wypraw w miasto. :)

Czy lubicie tego typu batoniki zbożowe? A może mieliście okazję testować te przekąski z HELIO?

Po więcej informacji zapraszam na stronę główną HELIO oraz Fanpage na Facebook'u!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...